Antyspam
ARTYKUŁY OGŁOSZENIA FIRMY
R E K L A M ASIMAR praca

Janina Lenarczyk: - Płacz i krzyk pamiętam do dziś

› Aktualności ponad rok temu    29.06.2019
Jakub Nowak
komentarzy 0 ocen 0 / 0%
A A A
Pani Janina Lenarczyk pokazuje zdjęcie swojej rodzinyPani Janina Lenarczyk pokazuje zdjęcie swojej rodziny

- Pamiętam te obrazy jak dziś… Dziewczynki i kobiety ustawiono po jednej stronie, chłopców i mężczyzn po drugiej. Płacz i krzyk był ogromny. Wszystkich rozebrano do naga… - pani Janina Lenarczyk z Pleszewa zawiesza głos. Jest jednym z niewielu już świadków horroru II wojny światowej. Przeżyła. I dziś daje świadectwo innym.

 

Urodziła się 21 czerwca 1935 roku w Dobrej Nadziei.

- Rodzice - Roch i Józefa - prowadzili ok. 8-hektarowe gospodarstwo po rodzicach mojej mamy. W domu było nas ośmioro - rodzice i szóstka dzieci od 3 do 17 lat. W tym dwie najmłodsze bliźniaczki - wylicza pani Janina Lenarczyk z Pleszewa.

Życie - jak to na wsi - przebiegało swoim rytmem wyznaczanym przez pracę na polu i przy inwentarzu. Do czasu. Do czasu, gdy wybuchła wojna… I choć pierwsze lata przebiegały - jak na ten dramatyczny okres w dziejach ludzkości - w miarę spokojnie, wszystko się zmieniło diametralnie w 1944 roku. Koszmar rozpoczął się wczesną wiosną.

- Pamiętam do dziś ten płacz, krzyk… Do domu weszło nagle gestapo. Krzykiem nakazali rodzicom spakować się w dosłownie 15 minut. Tylko najbardziej potrzebne rzeczy. Cała reszta musiała pozostać. Następnie załadowano nas wszystkich na wóz konny i zawieziono do Kowalewa, na dworzec… - wspomina pani Janina.

Jak dodaje, były już tam także inne rodziny - m.in. Rossów - których historię opisywaliśmy już na naszych łamach. - Załadowali nas do wagonu towarowego i wywieźli do Poznania. Stamtąd - jak bydło - przetransportowano nas do Żabikowa, fortu VII - mówi pani Janina.

 

Dramatyczne obrazy z tamtych dni pamięta do dziś. - Dziewczynki i kobiety ustawiono po jednej stronie, chłopców i mężczyzn po drugiej. Płacz i krzyk był ogromny. Wszystkich rozebrano do naga. Następnie zdezynfekowano… - opowiada kobieta. Noc spędzili na ziemi, bez żadnego przykrycia. - Słychać było strzały. Mordowano już na miejscu Żydów… - wspomina wzruszona.

Po kilkunastu dniach doszło do deportacji.

- Wsadzili nas do pociągu bydlęcego i wywieźli w niewiadomym wówczas kierunku. Nie wiedzieliśmy co się z nami stanie. Czy nie zostaniemy wywiezieni do Oświęcimia - opowiada z bólem 84-latka.

Po drodze na przystankach spotykali cywilnych Niemców. - Oni myśleli, że my tak z własnej woli, na roboty jedziemy… - dodaje kręcąc głową.

Ostatecznie cała rodzina trafiła do miejscowości Hutzfeld w rejonie Eutin. - Tam zostaliśmy przydzieleni do pracy u bauera. - Cała rodzina musiała pomagać w robotach na bardzo dużym gospodarstwie - wspomina kobieta. - Już wtedy - 1944 roku - Niemcy mieli nowoczesne obory, poidła dla zwierząt, silosy. Gospodarstwo było naprawdę wielkie - dodaje.

Każdy dzień wyznaczała ciężka praca całej rodziny. W kolejnych miesiącach było jednak coraz bardziej niebezpiecznie - front zbliżał się coraz bliżej, a tym samym w okolicy nie brakowało m.in. nalotów alianckich.

- To był prawdziwy koszmar. Samolot przelatywał dosłownie kilka metrów nad ziemia prując z karabinu we wszystko co się ruszało. Nikt nie patrzył, czy to zwierzę, czy cywil… - opowiada pani Janina.

Do dziś ma przed oczami obraz, gdy ciągnie za ręce swoje młodsze siostry, uciekając przed kulami. - Że im wtedy tych rąk nie powyrywałam… - wspomina. Chowali się w malutkiej piwnicy w jednym z chlewików. - Niemcy mieli swoje schrony, ale pamiętam, że mama zabroniła mi tam uciekać. Dlaczego? Nie wiem do dziś - opowiada. Po nalotach pozostawał koszmarny obraz.

Na krótko przed zakończeniem wojny ojciec pani Janiny został aresztowany. - Dokładnie 13 marca 1945 roku. Miał tylko 45 lat… - kobieta nie kryje wzruszenia.

Osadzono go w obozie w pobliżu Kilonii. - Za co został aresztowany? Do dziś nie wiemy… - opowiada z bólem 84-latka.

- Pamiętam tylko, że podczas aresztowania żegnał się z nami tak, jakby wiedział, że już nie wróci - kobieta nie kryje łez w oczach. Tego widoku - jak dodaje - także nie zapomni do końca życia.

- Był dobrym człowiekiem. Jako 18-latek walczył w Powstaniu Wielkopolskim, do dziś mam jego legitymację. Niemcy zabili go na trzy dni przed wyzwoleniem obozu przez Anglików - dokładnie 30 kwietnia 1945. Koszmar. Żeby zabijać jeńców tuż przed wyzwoleniem - opowiada pani Janina.

- Mój brat jechał ok. 60 km na rowerze - po tatę. Tam, na miejscu, dopiero się dowiedział, że nie żyje. Nie chcieli mu jednak nawet wydać po nim rzeczy. Przyjechał cały roztrzęsiony - informacją o śmierci ojca - wspomina kobieta.

Miejscowość, w której pracowali u Niemca wyzwalali Anglicy.

- Widziałam jak następuje kapitulacja. Składano broń niczym mendle na żniwach. Nasz bauer - gdy zobaczył, że wkraczają żołnierze alianccy - powiesił się na maszcie. Nie miał żony, tylko siostrę - opowiada pani Janina.

Po wyzwoleniu matka z szóstką dzieci - mogła wyjechać w dowolne rejony na Zachód. Serce jednak goniło z powrotem do Polski, do domu. Wracali więc do ojczyzny. Podróż była długa.

- Wracaliśmy tygodniami. Po drodze Amerykanie i Francuzi dawali nam nawet czekoladki. Gorzej było, gdy przechodziliśmy przez strefę rosyjską. Tam nie było co jeść. A Ruscy tak nam pomagali w załadunku do pociągów, że jeden pakunek do niego, drugi pod peron. Sam pan rozumie - wspomina.

Do dziś ma ich obrazy - z kilkoma zegarkami na ręce, czy jeżdżących nawet na rowerach bez opon - jedynie na metalowych obwolutach.

Dom zastali kompletnie zniszczony.

- Akurat były żniwa. Nie było nic. Inwentarz rozkradziony wcześniej przez Niemców, później przez polskich szabrowników - wspomina.

- Mama miała koszmarnie ciężkie warunki - by wychować nas sama od zera w tej biedzie. Nigdy nie wyszła potem za mąż. Bardzo ciężko pracowała, bez żadnej pomocy państwa. Ale wychowała nas na dobrych ludzi - opowiada.

Zmarła w wieku 94 lat - w 2001 roku. A z szóstki rodzeństwa żyje jeszcze dwoje dzieci Rocha i Józefy, którzy pamiętają te koszmarne czasy…

Sama pani Janina pracowała później m.in. jako sekretarz w Gromadzkiej Radzie Narodowej w Dobrej Nadziei, później również w Ludwinie. Z czasem na stałe zamieszkała w Pleszewie.

- Byłam główną księgową prezydium Powiatowej Rady Narodowej w Pleszewie. Czasy nie były łatwe, praca bardzo odpowiedzialna - wspomina.

Co ciekawe - jako jedyna z całego prezydium nie należała do partii. - Co chwilę nagabywali mnie, a jakże, żebym się zapisała - wspomina. I przytacza pewną anegdotę.

- Pewnego razu po raz kolejny mnie zawołano, żebym się zapisała do partii. Więc mówię im, już trochę wkurzona: słuchajcie, szkoda czasu. Jak mam tyle partii, że nie wiem za którą się zabrać. Oni trochę skonsternowani. A ja dodaję: tyle partii garnków w domu - wspomina z uśmiechem.

Doczekała się jednej córki, dwójki wnuków, wnuczki oraz troje prawnucząt. Jak mówi na koniec, modli się, żeby nigdy więcej już żadnej wojny nie było.

- Żeby moje wnuki, prawnuki, mogły żyć normalnie, dobrze - podkreśla. Nie ukrywa, że wspomnienia - choć minęło tyle lat - wywołują ból.

- Wie pan, ja nigdy w Oświęcimiu po wojnie nie byłam. I nie chcę jechać. Bo chyba bym tego nie przeżyła. Za duże emocje… - komentuje.

I dodaje dobitnie: Nigdy więcej wojny…

+ 0 głosów: 0 (0%) 0 -
dodaj zdjęcia Masz swoje autorskie zdjęcia? Dodaj je do naszego tekstu.
Komentarze (0)

Serwisy internetowe jarocinska.pl, zpleszewa.pl, rawicz24.pl, gostynska.pl, krotoszynska.pl nie ponoszą odpowiedzialności za treść komentarzy. Komentarze nie są moderowane. Wpisy niezwiązane z tematem, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane zgodnie z postanowieniami Regulaminu.

dodaj komentarzbądź pierwszy!